19. Bieszczady zimową porą

_DSC7518
Hnatowe Berdo widziane z Wetliny

Przed moim pierwszym zimowym wyjazdem w góry czułam się, delikatnie mówiąc, niepewnie. Oczywiście nie był to mój całkiem pierwszy wyjazd w góry zimą, przecież niemal od dziecka jeździłam na nartach. Ale tym razem miało być trochę inaczej. Z jednej strony jechałam tam sama – niby proponowałam wyjazd kilku osobom i wrzuciłam posta na fejsbuka, ale tak naprawdę, po cichu, sama liczyłam, że nikt się nie znajdzie. Dzięki temu miałam mieć większą przygodę, a na miejscu ludzie i tak by byli (zawsze są). Dodatkowo nie wybierałam się pozjeżdżać z idealnie przygotowanych stoków, ani nawet tych trochę mniej wyratrakowanych, to miał być czas na moje przejścia piesze.

Znowu i nareszcie. Pierwszy raz zimą, chociaż nie pierwszy raz samotnie. Uznałam, że nie będę się pchać jeśli góry mnie nie zechcą i postanowiłam zrobić sobie stałą bazę wypadową w Wetlinie i stamtąd wybierać się na krótkie wycieczki uzależniając wyjścia od pogody i możliwości dołączenia się do grupy idącej w danym kierunku. W planie awaryjnym miałam naukę jazdy na nartach biegowych gdyby pogoda nie pozwoliła na wyjście z doliny. Miałam jednak nadzieję, że prognozy się sprawdzą i już dzień po przyjeździe będzie pięknie.

To się jednak nie udało, ale za to spotkałam parę z Warszawy, którzy wybierali się na Jawornik. Tylko po co tam iść jeśli pogoda ma być „widokowa” warto to wykorzystać i wejść gdzieś gdzie będzie można podziwiać widoki. Wieczorem dogadaliśmy się na wspólne wyjście następnego dnia na przełęcz M. Orłowicza i jeśli pogoda rzeczywiście byłaby ładna to planowaliśmy wejść na Smerek. Z samego rana pogoda była słoneczna, Niestety jeszcze zanim zdążyliśmy się zebrać niebo znowu się zaciągnęło. Trudno, może zdąży się rozjaśnić zanim wejdziemy na Wetlińską, a jeśli nie to wyjdziemy do krawędzi lasu lub na przełęcz i wracamy.

Widoczność ponad linią lasu była słaba, ale dało się dość spokojnie dojść na przełęcz. Ścieżka była wyraźnie wydeptana i jeszcze przejechana kilkukrotnie skuterami śnieżnymi, a na samej połoninie postawione były paliki na szlaku. Na przełęczy krótkie pytanie – czy idziemy dalej, na Smerek? Postanowiliśmy spróbować, bo ścieżka w tę stronę też wydawała się być przetarta. Po mniej niż 100 metrach zauważyłam, że Natalia się zatrzymuje, a ja sama już miałam ich stopować i mówić, że nie chcę iść dalej. Ścieżka niby była widoczna – niby, bo nie była wydeptana, a po prostu wiatr trochę wywiał śnieg z szerokiej ścieżki idącej grzbietem. Natalii śnieg sypał się do butów – były za niskie, a nie miała stuptutów ani innych ochraniaczy. Daniel koniecznie chciał iść dalej.

Po chwili rozmowy uznałyśmy, że we dwie poczekamy na krawędzi lasu gdzie będzie mniej wiało, damy Danielowi termos z herbatą i 45 minut na powrót. Po tym czasie miałyśmy się zacząć niepokoić i wzywać GOPR. Na szczęście nie było potrzeby rozpoczynania akcji ratunkowej, Daniel z 5-cio minutowym spóźnieniem wrócił ze Smereka. Podobno dotarł na szczyt i widział słup, ale nie zobaczył już stojącego około 10-15 metrów dalej krzyża.

Gdy czekałyśmy na Daniela minęła nas grupa narciarzy turowych (lub wysokogórskich jak kto woli :) ) podchodzących na przełęcz oraz dwie dziewczyny, które tak jak my doszły do przełęczy i wróciły. Wykorzystałyśmy przerwę na krótki posiłek złożony w większości z moich zapasów. Razem zeszliśmy sprawnie na wetliński Manhattan i wróciliśmy do Schroniska pod Wysoką Połoniną (Wysoka Połonina to dawna nazwa Smereka).

Następnego dnia, moi przypadkowi towarzysze zbierali się do powrotu i nie mogli już nigdzie dalej wyjść, a ponieważ pogoda nareszcie się poprawiła ja zdecydowałam się na wejście z Wetliny na Dział i przejście nim do Małej Rawki. Zastanawiałam się nad wejściem na Wielką Rawkę, ale wydawało się to mało prawdopodobne – jest to jedno z niewielu miejsc w Bieszczadach gdzie zagrożenie lawinowe potrafi być wysokie i opisy sprzed 2-3 dni jak to widać wielki nawis śnieżny, po którym później się przechodzi zniechęcały mnie do choćby próbowania. Nie wykluczałam jednak, przejścia się kawałek w stronę Wielkiej Rawki, żeby zobaczyć jak to wygląda.

Już dzień wcześniej zarezerwowałam sobie rakiety śnieżne u gospodarza schroniska pod Wysoką, Tomka Ostrowskiego i rano wystarczyło je odebrać oraz zostawić informację o planowanej trasie. Z krótkiej rozmowy dowiedziałam się, że szlak na Dziale jest nieprzetarty, czego się już wcześniej spodziewałam, ale od połowy powinno być łatwiej, bo goprowcy mieli jakieś zawody na Rawkach i przejechali część Działu skuterami.

Zawsze mnie zaskakuje jak długa jest Wetlina, nieważne czy schodzę z gór i muszę przejść kawałek czy właśnie wybieram się na szlak i potrzebuję się dostać, na drugi koniec miejscowości zawsze wydaje się, że już się powinna kończyć, a ona ciągnie się kilometrami. Niestety początek zielonego szlaku prowadzącego na Dział znajduje się na przeciwnym końcu Wetliny niż „moje” schronisko w Starym Siole. Cała Wetlina do przejścia. Niby ładnie i biało dookoła, i parę razy można było podziwiać Hnatowe Berdo i Smerek, ale zawsze chcę jak najszybciej znaleźć się na szlaku, poczuć, że naprawdę jestem w górach i właśnie w góry wychodzę, a tu pare kilometrów asfaltu do przedeptania na starcie.

Od razu, przy kasie Bieszczadzkiego Parku Narodowego, założyłam rakiety. Ścieżka jest widoczna, ale widać, że przeszło tędy najwyżej kilka osób, w tym część na nartach. Po zrobieniu kilku pierwszych kroków zaczynam się zastanawiać czy powinnam na razie zdjąć rakiety. Ślad pozostawiony przez narciarzy jest na tyle wąski, że rakiety wydają się bardziej przeszkadzać niż pomagać, ale z drugiej strony w butach co chwilę będę się zapadać – widać, że piechurzy od czasu do czasu wpadali głębiej w śnieg w wyjeżdżonym śladzie. Uznaję, że jednak jest z rakiet pewien pożytek i zostają na butach. Zostały tak aż do Małej Rawki.

Las jest piękny. Cały biały, nawet drzewa są białe. Im wyżej, tym mniej widać czarne pnie bo nawet one są pokryte szadzią. Czasami jest to pionowy pas z jednej strony pnia, ale na grzbiecie częstsze są dwa paski – z południowej i północnej strony drzewa. Dodatkowo gałęzie się uginają od ciężaru śniegu i lodu, które zazwyczaj otaczają całe gałęzie, nawet te najmniejsze. Do tego piękny błękit i słońce, które aż chce się prosić by nie grzało za mocno bo już widać pierwsze oznaki topiącego się śniegu na czubkach drzew i słychać szelesty, gdy jakaś gałąź pozbywa się swojego ciężaru.

 

Pierwszy kawałek szlaku, podejście na grzbiet Działu, jest dość ciężkie i trudno mi było utrzymać równe tempo marszu. Nie jestem zmotywowana, nie muszę nikogo gonić. Samotne przejścia to często właśnie spieranie się ze sobą, czemu tam idę i po co, co mi strzeliło do głowy żeby się pchać gdzieś w śnieg i las kiedy mogłabym sobie posiedzieć w ciepłym, suchym miejscu z dobrą książką i gorącą herbatą w zasięgu ręki. I te ciągłe myśli, że mogę zrobić przerwę, skoro nikogo nie spowalniam i to tylko moja decyzja… Czasami idzie się bardzo dobrze, równym tempem, a czasami chce się jakby trochę mniej i przerwy stają się częstsze. Tym razem nie mogłam dojść do porządku z własnymi odczuciami. Z jednej strony niesamowicie bajkowy las, który ładuje baterie i pcha do działania, a z drugiej strony idzie się jednak ciężko i wolno, i to podejście już dawno powinno się skończyć, a wygląda, że jeszcze spory kawałek przede mną.

Zaczęło mi się iść trochę sprawniej już na grzbiecie, gdzie rakiety naprawdę mogły się wykazać swoją przydatnością, a stopniowo odsłaniające coraz piękniejsze widoki dodawały sił i jakby zachęcały do przejścia jeszcze kawałka szlaku żeby zobaczyć więcej. Dla mnie punktem zwrotnym było ukazanie się Połoniny Caryńskiej i Rawek. Nareszcie. W końcu mogłam zobaczyć coś poza Połoniną Wetlińską, a widok miejsca, do którego zmierzałam, był szczególnie motywujący.

Po niedługim czasie pojawiły się ślady skuterów – czyli jestem już za połową, a z czytania mapy wynikało, że nawet w 2/3 Działu. W międzyczasie ślady narciarzy zrobiły pętlę i wracały w dół zamiast dalej prowadzić grzbietem, a ja musiałam trochę bardziej pilnować znakowania szlaku. Nadal było kilka śladów pieszych, ale czasami odrobinę odchodziły od szlaku, a mi się nie uśmiechało szukanie szlaku gdyby się okazało, że jednak nie prowadzą w dobrą stronę. Gdzieś w połowie działu minęłam dwóch chłopaków schodzących w stronę Wetliny i tylko cieszyłam się, że ja mam rakiety i kije, które naprawdę ułatwiały poruszanie się. Oni pewnie byli znacznie silniejsi ode mnie więc może nie robiło im to tak dużej różnicy.

Do czasu gdy zaczęło się bezpośrednie podejście na Małą Rawkę byłam naprawdę zmęczona i tylko siłą woli szłam do przodu, miałam ochotę robić przystanki co 20 kroków. Liczenie kroków jest straszne i polecam raczej śpiewanie sobie piosenek, ale też świadczy to o zmęczeniu psychicznym jakiego doświadczałam po przejściu Działu – dookoła jest tak niesamowicie i pięknie, a ja liczę kroki żeby nie przestać się przemieszczać. Na szczęście do szczytu było już na prawdę blisko i jedynymi przerwami były te dla celów fotograficznych, przy których łapałam też dodatkowy oddech.

A na szczycie? Na szczycie Małej Rawki spotkałam drugą męską parę turystów. Chwila przerwy, bardziej dla obfotografowania panoramy i paru szczegółów niż dla odpoczynku i w dół. Dłuższą przerwę zaplanowałam trochę niżej, w miejscu już osłoniętym od wiatru. Tam nareszcie ściągnęłam rakiety, odkrywając przy okazji, że jednak trochę ważą.

Droga z Rawki na przełęcz była całkiem wydeptana więc schodzenie w rakietach nie miało sensu. Spróbowałam za to zjazdu na folii NRC. Szczerze mówiąc: nie polecam, ale akurat wtedy potrzebowałam oddechu psychicznego i taki krótki zjazd trochę mnie odświeżył. Czemu nie polecam? Bo folia się rwie, jest mniej śliska niż się wydaje, ale i tak rozpędza się za bardzo na stromej, wydeptanej ścieżce. Ja musiałam zrezygnować z tego sposobu przemieszczania gdy zauważyłam pojawienie się barierek wystających częściowo ponad śniegiem. Nie uśmiechało mi się złamanie nogi czy innego fragmentu ciała :D

Na dole, w Bacówce pod Małą Rawką, przerwa na herbatę ziołową i coś dobrego oraz próba znalezienia transportu w kierunku Wetliny. Z tym ostatnim jest słabo, jedna grupa się wybierała, ale dopiero za kilka godzin. Ruszyłam wcześniej sama w kierunku Przełęczy Wyżniańskiej. Zanim przejechał pierwszy samochód niemal dotarłam do Berehów…

Następnego dnia jednak spróbowałam swoich sił na biegówkach. Nie z powodu złej pogody, a swoich możliwości fizycznych. Niewiele brakowało, a Dział by mnie pokonał, a i tak zostawił mi pamiątkę na kolejny miesiąc. Wokół schroniska Pod Wysoką, na Piotrowej Polanie, wyznaczonych jest kilka śladów dla narciarzy biegowych. Ponieważ to było moje pierwsze podejście, wybierałam pętle jak najbardziej płaskie. Nie odważyłam się wybrać gdzieś dalej, może następnym razem spróbuję sił na trasie wyznaczonej po torach kolejki wąskotorowej – też nie powinna być trudna. A na razie muszę przyznać, że biegówki są zdecydowanie trudniejsze niż się spodziewałam. Miałam wrażenie, że doświadczenie na nartach zjazdowych tylko mi utrudnia złapanie dobrego rytmu i tego specyficznego odbicia. Bo okazuje się, że na tych nartach faktycznie się „biega”.

Ostatniego dnia, zamiast grzecznie poczekać na tranport z Wetliny do domu, postanowiłam „wyjść na przeciw” siostrze, która w tamten weekend była w Lutowiskach. Umówiłyśmy się na spotkanie w Zatwarnicy. Zebrałam się więc wcześnie i sprawnie weszłam po raz drugi na tym wyjeździe na przełęcz Orłowicza. Tym razem pogoda rzeczywiście była widokowa. Podejście, to była ta łatwiejsza część. Dalej ścieżka prowadząca do Suchych Rzek była tylko częściowo przetarta.

Na początku nie zorientowałam się, że ślady którymi podążałam zgodnie z połączonym żółtym i czarnym szlakiem, prowadziły tylko w kierunku Jaworzca (czarny szlak). Pojedyncze ślady schodzące do Suchych Rzek spadały bezpośrednio z przełęczy. Nie chcąc się wracać, nie mając pewności czy warto, próbowałam zejść do lasu na wprost. Czy wystarczy jeśli powiem, że było to baardzo trudne? Śnieg po pas i co chwilę się tak zapadałam, a potem próbowałam się z tych dziur wyczołgać. Żałowałam też, że nie mogłam pożyczyć rakiet na to przejście, mogły by się przydać jeszcze bardziej niż na Dziale i to mimo zdecydowanie krótszego dystansu. W lesie zrobiło się już trochę lepiej, ale i tak potrzebowałam zdecydowanie więcej czasu niż się spodziewałam (już planując z zapasem). To nic, siostra poczekała :)

A jak wspominam cały wyjazd? Było nieziemsko – to chyba najlepsze określenie. Widoki niesamowite, dosłownie „zapierające dech w piersiach”, odczucia na szlakach, które kazały zatrzymać się, wstrzymać oddech i podziwiać z szeroko otwartymi oczami (i ustami), a jednocześnie ta cicha groza, która o sobie przypominała za każdym razem gdy próbujesz uregulować zmęczony oddech, a mięśnie nóg czują ponad metrową warstwę śniegu, przez który się przedzierasz sama, nie zawsze pewna czy nadal jesteś na szlaku, a wokół od godziny nie było nikogo widać.

_DSC7565
Wyjście z lasu (Dział)

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s