15. Akcja „aktywny weekend” na Maderze

Dawno to było… ale może uda mi się wyciągnąć z zakamarków pamięci parę wspomnień, przemyśleń czy wrażeń. Muszę przyznać, że zabałaganiłam ostatnio, ale też sporo się działo. Maderę odwiedziłam na przełomie listopada i grudnia, niecałe dwa tygodnie później byłam już na wyspie São Miguel w archipelagu Wysp Azorskich, potem święta, święta, a już w 2. dnia świąt jechałam w kierunku Serbii jako miejsca pierwszego starcia w podboju korony Bałkanów. Weekend w domu, a od poniedziałku znowu w Lizbonie gdzie siedziałam dniami i nocami, żeby zrobić (a w większości niestety napisać) projekty na zaliczenie semestru… Ale jak nie wstawię teraz to najbliższy wolny termin będzie w połowie lutego ;)

 

Moja wizyta na Maderze w planach miała bardzo aktywne założenia, ale niestety, w życiu czasem trzeba powiedzieć „jak się nie ma co się lubi… to się lubi co się ma”. Więc zamiast po wyjściu z hali przylotów ruszyć na piechotę na północny-wschód w kierunku Machico i półwyspu São Lorenco grzecznie czekałam na autobus do stolicy Regionu Autonomicznego Madery, czyli do Funchal. Dla ciekawskich: podobno „funchal” oznacza „koper”, a nazwa wzięła się od plantacji tego zielska otaczających miasto. Ja co prawda widziałam raczej plantacje bananów, ale może gdzieś tam rósł też koper…

Funchal jest zazwyczaj miejscem do którego trafiają wszyscy turyści przylatujący na Maderę, zazwyczaj pierwszego dnia. Ja w planach miałam ją na końcu i nie stanowiła istotnej części mojego planu zwiedzania wyspy. Ostatecznie spędziłam w stolicy około doby, a w tym czasie skupiłam się na spacerach – kręceniu się po uliczkach i przejściu się wzdłuż wybrzeża „tam i z powrotem” w obie strony. Tak, wiem, że w Funchal jest wiele ciekawych miejsc, które warto odwiedzić i jak mogłam nie wjechać kolejką, i nie zwiedzić dzielnicy Monte, nie zobaczyć tablicy upamiętniającej pobyt Piłsudskiego na Maderze, albo nie zwiedzić choć jednego parku z kategorii tych „ciekawych” (np. Orientalnego)… ale ja nie lubię takiego zwiedzania. Dla mnie większą wartość ma zgubienie się w uliczkach starego miasta (udało mi się wejść na teren hotelu z odbywającym się tam przyjęciem z przekonaniem, że „wyjdę z drugiej strony”) niż odbębnienie wszystkich punktów na liście „must see in…”

_DSC1996
Fragment panoramy Funchal zza parkowej fontanny

Przy okazji można trafić na coś co z pewnością byśmy pominęli podczas takiego zaplanowanego zwiedzania. Ja wracając inna drogą do hostelu trafiłam na park, uznałam, że miło będzie się przez niego przejść, a środku parku był amfiteatr, a którym akurat odbywały się pokazy artystyczne oraz targi grup związanych z organizacjami Madery (głównie charytatywnymi). Miałam tam okazję zjeść jeden z najlepszych serników i jeszcze dostałam drugi kawałek gratis bo akcja powoli się kończyła.

Stoiska wystawców/organizacji charytatywnych wokół amfiteatru
Stoiska wystawców/organizacji charytatywnych wokół amfiteatru
Kościółek w Funchal - mały i typowy
Kościółek w Funchal – mały i typowy
_DSC1970
Wypoczynkowe tereny przy porcie w Funchal
_DSC2478
Sztuka na drzwiach (nie tylko w Funchal)
_DSC2063
Nocne zaułki Funchal

_DSC2020

Drugiego dnia postanowiłam dostać się do Calhety (czyt. Kaliety), w której, jak wiedziałam, jest schronisko młodzieżowe. Na początek przedreptałam kawałek ścieżką poprowadzoną wzdłuż, z czasami nad Levadą, czyli powszechnymi na Maderze kanałami ze słodką wodą sprowadzaną z gór, najczęściej z północnej strony wyspy na południową, gdzie jest mniej naturalnych cieków, oraz znacznie niższe opady. Levady potrafią kilometrami idealnie odzwierciedlać poziomice, minimany spadek jest zachowany dla przepływu wody. Ogólnie na południu zazwyczaj jest słonecznie, a już patrząc na góry widać na szczytach sporo chmur, a jak się przeprawi na północną stronę to nie należy się spodziewać takiej samej pogody jak w Funchal – będzie chłodniej, bardziej pochmurno i znacznie większa szansa na deszcz.

Levada z widokiem na Funchal
Levada z widokiem na Funchal
_DSC2090
Camara de Lobos

Co do Calhety, nic ciekawego tam nie znalazłam… poza schroniskiem, które miałam całe dla siebie (nawet bez nocującej obsługi) za całe 6 euro za noc :D A żeby przyszła kobieta i otworzyła mi schronisko musiałam dopytać się o nie w lokalnym barze, zostać zaprowadzona do jednego z pracowników (akurat na zwolnieniu chorobowym), który skontaktował mnie z „centrum zarządzania” schroniskami młodzieżowymi na Maderze, które zadzwoniło do drugiego pracownika i po potwierdzeniu, że kobieta może przyjść odzwonili do mnie z informacją, że za 20 min ktoś się pojawi i otworzy budynek. Zostałam w okolicy na 2 noce, w międzyczasie spacerując po okolicy m.in. po levadach.

_DSC2161
Levada w okolicach Calhety

Gdy ruszyłam dalej uznałam, że najlepszy będzie stop. Nie będę uzależniona od nielicznych autobusów, dodatkowo będę mogła się zatrzymać w dowolnym miejscu i za chwilę łapać dalej. I chociaż miejscowi zazwyczaj robili niewielkie dystanse, to nie była to wada ponieważ zatrzymywali się chętnie i często. Błyskawicznie dotarłam do Porto Moniz – najbardziej wysuniętego miasteczka na północny-zachód. Znanego przede wszystkim z wielu naturalnych basenów morskich. Cała okolica jest najbardziej dzika i w porównaniu do wschodniej części wyspy niemal niezamieszkała.

_DSC2336
Fragment wybrzeża w Porto Moniz
_DSC2243
Nawet nie widać dokąd zmierzam, ale widać jaka jest wilgotność powietrza na północnym wybrzeżu.

Ponieważ w momencie gdy decydowałam się ruszać dalej, w miejscu w którym musiałabym stać do łapania było pare osób na przystanku, to zaczepiłam dwóch cłopaków z plecakami czy autobus będzie niedługo, czy nie warto czekać. Przyznaję, że trochę było mi głupio stać i machać na przystanku, na którym czekają ludzie. Zachowałam się jak grzeczna dziewczynka i podjechałam środkiem komunikacji zbiorowej do São Vincente, gdzie ja chciałam jechać dalej do Santos, a autobus odbijał na południową stronę wyspy do Funchal. Dalej również mieszanymi środkami transportu dotarłam wieczorem do Santos.

_DSC2352
Tradycyjne domki kryte strzechą w Santos

W Santos znajduje się park tematyczny Madery. Podobno można go zwiedzać godzinami i jest tam sporo pawilonów tematycznych o historii, geografii i biologii wyspy oraz różne inne atrakcje takie jak mini domki, takie kolorowe i kryte strzechą. Kilka tego typu budyneczków tworzy też kącik obok urzędu gminy i mieści m.in. informację turystyczną i sklepiki z rękodziełem.

_DSC2401
To już koniec (a może początek) Madery – płw. Sao Lorenco

Ostatniego dnia zaczęłam od łapania stopa w kierunku Machico. Pierwszy podwiózł mnie kilka kilometrów, ale kolejny kierowca słysząc, że mam sporo czasu zabrał mnie na półwysep São Lorenco gdzie jest najbardziej oblegany szlak na Maderze – a przynajmniej takie sprawiał wrażenie gdy tam byłam. Dość krótki, przejście w obie strony zajmuje 2-3 godziny, bardzo widokowy i na tyle prosty, że mijałam gościa, który przynajmniej fragment pokonywał bez butów, ale to chyba był kiepski pomysł.

Gdy wróciłam na parking, z którego odjeżdżały autobusy przypomniałam sobie, że w dniu poprzednim udało mi się pozbyć całej gotówki więc nie mam przy sobie ani centa. Chyba nie stać mnie na autobus, a tym bardziej na taksiarza, który widząc mnie pod rozkładem jazdy od  razu zaoferował cenę „specjalnie dla mnie”. Z boku siedział gość, z którym mijałam się na szlaku i wiedziałam, że jest Polakiem – postanowiłam do niego zagadać zanim zacznę się przymierzać do podpytywania turystów o podwózkę. Po chwili rozmowy zaproponował, że mi zafunduje bilet tam gdzie potrzebuję. A po kolejnej dogadaliśmy się, że nie ma sensu siedzieć i czekać na autobus, tylko lepiej będzie zejść do „pseudo-miasteczka” które było widać około kilometra dalej i stamtąd podjechać autobusem.

_DSC2457

Pseudo-miasteczko
Makietowe pseudo-miasteczko

Miasteczko rzeczywiście było dziwne, był kościół, a pod kościołem był parking. I ogólnie okazało się, że cały teren to ośrodek hotelowy z własną plażą i portem jachtowym (i kościołem). Było dość pusto, my weszliśmy bokiem, który, jako jedyny, nie był ogrodzony, a mijani ludzie patrzyli na nas dziwnie. Chyba turyści w ciuchach terenowych i z plecakami, nawet niedużymi, nie są w ich grupie docelowej. Na koniec było nam, a mi na pewno, trochę głupio przechodzić przez bramę. W między czasie zgadaliśmy się na temat wyjazdu na Azory – terminy naszych pobytów okazały się częsciowo nakładać. Następnie ja autobusem udałam się do Machico, a on do Funchal.

_DSC2465
Machico

Machico to pierwsza stolica Madery i urokliwe miasteczko położone u ujścia górskiej doliny do oceanu. Znajduje się blisko lotniska więc wygodnie było mi spedzić w nim ostatnie popołudnie przed lotem. Sporo kościółków, trochę placyków, duża otwarta przestrzeń nad samym oceanem z kawałkiem plaży oraz rzeczka wzdłuż której można spacerować.

_DSC2467
Panowie grają w domino
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s