14. Akcja „aktywny weekend” w Algarve

Obecnie moje weekendy są przyjemnie długie – standardowo mają 5 dni. Fajnie, co nie? Ale jakoś ciężko było mi się zebrać i zrobić coś więcej niż spacer w okolicach Lizbony. Postanowiłam, że muszę się zmobilizować i pojechać gdzieś daleko, najlepiej na „cały” weekend i gdyby się dało tam trochę pochodzić to będzie świetnie…

Kierunek wybrałam południowy – tam mnie jeszcze nie było. Algarve jest najbardziej turystycznym regionem Portugalii. Latem zjeżdżaja tu tłumy turystów. Czyste plaże, dość ciepły ocean, piękne formacjie skalne, robiące wrażenie klify, a do tego cała gama miast i miasteczek z bazą hotelową i gastronomiczną gotową na każde oblężenie. W połowie listopada jest już znacznie spokojniej, ale przez to widać, że całkiem spora cześć mieszkańców pochodzi spoza Portugalii. Często słychać zarówno niemiecki, jak i angielski, zdarza się francuski, a ja spotkałam też grupę motocyklistów na polskich blachach.

W listopadzie plaże są puste - mimo letniej pogody
W listopadzie plaże są puste – mimo letniej pogody

W ramach motywacji kilka dni przed wyjazdem zarezerwowałam sobie noclegi w miastach oddalonych od siebie o około 25 km. Noo… przynajmniej niektóre odległości takie były, inne wychodziły tak tylko w linii prostej. Kupiłam też bilety na autobus tam – do miasta startowego czyli Vila Real de Santo Antonio i spowrotem – z ostatniego miasta, z którego były kursy bezpośrednie do Lizbony – Lagos.

Igreja - Kościół na rynku w Vila Real de Sao Antonio
Igreja – Kościół na rynku w Vila Real de Sao Antonio

Dojazd nocą ma swoje zalety. Z jednej strony ma sie cały dzien do wykorzystania, z drugiej początek potrafi być dość chłodny, ale to rekompensuje świt oraz wschód słońca – nieczęsto mamy okazje się nim zachwycać. Ja dostałam swój w prezencie w miasteczku położonym przy samej granicy z Hiszpanią – Vila Real de Santo Antonio. Nazwa jest połaczeniem klasycznej nazwy „Vila Real” wystepujacej na terenie calego kraju z osoba świetego Antoniego, ale w zapisie hiszpanskim, a nie portugalskim. Bardziej spodziewałam sie formy „São Antonio”. Granica w tym miejscu przebiega na rzece Gwadianie, czynne jest połacznie promowe z hiszpańskim Ayamonte.

Flota gotowa do wodowania na tle nieba o świcie
Flota gotowa do wodowania na tle nieba o świcie

Samo miasteczko połozone jest nad rzeką, a do brzegu oceanu jest jeszcze okolo 2 km. Tereny wzduż wybrzeża nie nadają się pod zabudowę, są tam zalesione wydmy przeplatane z podmokłymi obniżeniami, z okresowo zalewaną siecią koryt. Idac wzdłuż nabrzeża rzecznego przygladałam się jak stopniowo rybacy wybierają się na wodę, nawet zostalam zaczepiona przez jedną ekipę z propozycją poplynięcia z nimi – tylko sie uśmiechnełam, podziękowałam i powędrowałam dalej.

_DSC1589
Nabrzeże o świcie – a po drugiej stronie Hiszpania
_DSC1584
Nabrzeże o świcie
_DSC1609
Słońce powoli wynurza się zza horyzontu
_DSC1633
Słońce rozświetla plażę pełną muszli

Gdy doszłam do oceanu nad horyzontem pokazało sie słońce. Na plaży, na którą weszłam pełno było muszli… i to jakich. Niektóre były sporo większe od moich dłoni. Chociaż bardzo mnie kusiły uznałam rozsądnie, że są za duże (za ciężkie) żebym nosiła je w plecaku przez kolejnych 5 dni. Trochę mi teraz szkoda, bo nigdzie dalej nie widziałam aż tak dużych.

_DSC1846
I na takie znaleziska można się natknąć na plaży

Kolejny widok widziałam pierwszy raz w życiu: w płytkiej wodzie, wzdłuż plaży, stali luźno rozstawieni rybacy. Ale nie z wędkami czy sieciami, a tyczkami z klatkami/metalowymi sitami na końcu, które przechodziły w siatki. Przeczesywali piasek i wyłapywali w ten sposób małże (chyba). Muszle z zawartoscią dało sie znaleźć również na brzegu, bez wchodzenia do wody.

W poszukiwaniu małż
Po zakończonych łowach
Po połowie

_DSC1677

Całkiem możliwe, że była to najdłuższa plaża na jakiej byłam… Wędrowałam nią około 11 km, ale w trakcie wydawało się jeszcze więcej._DSC1697

Po tej plaży zostało wymuszone na mnie zejście w głąb lądu spowodowane zmianą charakteru wybrzeża. Tereny podmokłe zamieniły się w pełnowymiarowe zatoczki lub wręcz oddzielały ląd od podłużnych wysp ciągnących się wzdłuż brzegu. Kolejna cząść dnia oznaczała w dużej mierze depanie asfaltu. Nieprzyjemne, ale w Portugalii często nie do uniknięcia. Ale za to odkryłam drogę rowerową Ecovia, która docelowo ma być oznakowana na całej długości południowego wybrzeża (dystans około 190 km). Obecnie brakuje tylko niewielkich fragmentów i miejscami, gdy przejście wdłuż oceanu było niemożliwe lub nieopłacalne, chętnie korzystałam z jej oznaczeń.

_DSC1706
Początek zatoki, która zmusiła mnie do „zejścia na ląd”
_DSC1736
Zmiana charakteru wybrzeża

Pierwszego dnia moim celem noclegowym była Tavira. A ponieważ trasa okazała się być znacznie dłuższa niż planowałam, po około 33 km dotoczyłam się do miasta. Po dłuższej chwili ogarnęłam się w terenie wystarczająco by zokalizować hostel i niemal od razu padłam z nóg.

Tavira
Tavira

TaviraTavira

Po stopniu zesztywnienia wieczorem obawiałam się czy dam radę przejść następnego dnia do Faro, które jest stolicą regionu, ale na szczęście nocą zregenerowałam się wystarczająco by zacząć kolejny dzień w mocnym tempie… Uznałam, że skoro początek wypada mi po drogach, chodnikach i innych twardych powierzchniach to przynajniej mogę trochę podgonić tempo… i rzeczywiście podczas pierwszych 3 godzin udawało mi się utrzymywać tempo troszkę powyżej 6 km/h co dało mi dużo komfortu w drugiej połowie dnia. Ostatecznie ten dzień był dłuższy od poprzedniego, tak jak się spodziewałam, ale nadal zaskoczył mnie końcowym wynikiem… 38 km. W nagrodę w Faro czekała na mnie niespodzianka w hostelu – byłam sama w pokoju wieloosobowym :D. I następnego dnia też :D Warto wybierać żeńskie pokoje wieloosobowe, nawet jeśli chcą za nie 1 euro więcej to komfort jest nieporównywalnie większy.

Kościół z bocianim gniazdem w Faro
Kościół z bocianim gniazdem w Faro
Odpływ w Faro
Odpływ w Faro
_DSC1811
Inne miasto, inny kościół, inne gniazdo

Skoro już biję swoje kolejne rekordy to kolejneg dnia dorzuciłam jeszcze jeden długi dzień. Co prawda mógłby być jeszcze trochę dłuższy, ale w hostelu czekali na mnie o określonej godzinie, a ja w ciągu dnia zabałaganiłam na trasie dość, żeby mieć problem z  wyrobieniem się na czas. Ale jak pomyślę, że do 35 km miałabym jeszcze dodać niemal 10, i że byłam skłonna to zrobić, bo miałam trochę zapasu sił… to może lepiej, że zostawiłam sobie to wyzwanie na przyszłość…

Gdzie woda i ryby, tam i ptactwa zgraja
Gdzie woda i ryby, tam i ptactwa zgraja
Miasteczko gdzieś po drodze
Miasteczko gdzieś po drodze

Tym razem nocowałam w mieście Albufeira, które zrobiło na mnie wrażenie turystycznej stolicy regionu. I to pomimo nienajlepszej kondycji miasta podczas mojej wizyty, spowodowanej zalaniem części starego miasta podczas nagłego załamania pogody. Szkody były na tyle duże, że sporo lokali było pozamykanych do remontu,  wczesnym wieczorem w centrum otwartych było może 30% barów, restauracji i kawiarni. Uliczka przy której mieścił się mój hostel była zamknięta dla ruchu policyjną taśmą.

Albufeira
Albufeira, plaża w listopadzie

W przeciwieństwie do poprzednich hosteli, wchodzących w skład sieci schronisk młodzieżowych (Pousadas de Juventudas) w Portugalii (kontynentalnej oraz na Azorach), ten był prywatny, ale całkiem przyjemny. Wspólna kuchnia stanowiła również salon i miałam okazję porozmawiać na różne, bardziej lub mniej aktualne tematy z Argentyńczykiem (który chyba przez ostatnie kilka lat nigdzie dłużej nie mieszkał, trochę mu zeszło jak zaczął opowiadać o ostatnich podróżach…) oraz z Francuzem (ten z kolei pomieszkał trochę w Lizbonie i to też na Erasmusie). Obaj czasami nagle przeskakiwali na hiszpański, a ja wtedy usiłowałam przynajmniej tematu nie zgubić, a w miarę możliwości nawet dodać coś od siebie – ale po portgalsku… lub angielsku.

Komuś windę na plażę? Albufeira
Komuś windę na plażę? Albufeira
Zabawy w piasku - Albufeira
Zabawy w piasku – Albufeira

Kolejny dzień miał być jednym z najkrótszych, więc zebrałam się bardzo późno… Co oczywiście było błędem, który uświadomiłam sobie około 16.30 gdy słońce zaczęło szykować się do zejścia pod horyzont. Jak ja nie lubię zmian czasu z letniego na zimowy, nagle zostaję brutalnie ograbiona z godziny światła. Ja nie potrzebuję światła rano, ale częściej korzystam z popołudniowego słońca. Aż tu nagle słońce zachodzi już o 17… Kto się tego spodziewa, i to w trakcie listopaowego lata w Algarve :D. A było lato… przynajmniej od 8 do 16 bo reszta dnia, bez słońca była dość chłodna – temperatura spadała z 24 do 15 stopni… to już prawie zima :D

_DSC1875
Przejście na plażę – tym razem tradycyjne

_DSC1837

Robi się późno
Robi się późno

Mimo skróconego dnia przeszłam to co miałam w planach wzdłuż wybrzeża, ale nie bardzo miałam już czas żeby dojść na dworzec, do którego miałam jeszcze z 5-7 km w głąb lądu. Więc gdy tylko wyszłam na drogę prowadzącą do Lagoa (nie mylić z Lagos) zaczęłam łapać stopa… Z tymi turystami to masakra jakaś! Kolejne samochody, wcale nie pełne, przejeżdżały i nawet koło mnie nie zwalniały, a ja wraz z zapadającą ciemnością robiłam się coraz bardziej zdesperowana. Miałam świadomość, że po ciemku moje szanse spadną jeszcze bardziej. Cały czas również szłam, bo gdyby nie udało się nic zatrzymać i tak musiałabym dotrzeć do jakiegoś transportu do Lagos, w którym miałam kolejny nocleg.

Wypas kóz na klifach o zachodzie słońca :p
Z psami, na klifach, o zachodzie słońca :p

_DSC1913

Czasami musimy być cierpliwi. Gdy w końcu zatrzymał mi się samochód zostałam wynagrodzona kierowcą, który sam dopiero miał szukać sobie noclegu w okolicy i uznał, że może być w Lagos i wspólnie szukaliśmy hostelu w krętych i ciasnych uliczkach starego miasta. (A przy okazji był Brazylijczykiem… mam do nich jakieś szczęście czy coś…:D).

Lagos
Lagos
Wyjście z portu w Lagos
Wyjście z portu w Lagos
_DSC1965
Klify podobne do Wybrzeża Jurajskiego w Południowej Anglii

Ostatniego dnia miałam zamiar dotrzeć jakoś na Cabo de São Vincente, czyli zachodni kraniec południowego wybrzeża Portugalii i wrócić pieszo do Lagos na wieczorny kurs do Lizbony, ale ze względu na moje problemy z oceną czasu i późnym kończeniem tras w dniach poprzednich nie zdecydowałam sie zaryzykować i zrobiłam sobie tylko krótki spacer po okolicy.

_DSC1955

_DSC1961
Zwiedzać wybrzeże można na różne sposoby

To już koniec… poza serią dziwnych zdarzeń tego dnia… Na ścieżce prowadzącej do latarni morskiej oraz mini centrum turystycznego minęłam ekshibicjonistę w trakcie zabawy. A po powrocie do miasta, gdy siedziałam przy stoliku przed kawiarnią, kot, tuż po tym jak się próbował do mnie łasić, obsikał mi plecak. I jeszcze wmówiłam sobie, że dworzec autobusowy jest koło dworca kolejowego i gdy go tam nie znalazłam, wielce zadziwiona, musiałam szukać poprawnego adresu w necie… Na szczęście tego dnia miałam czasu w nadmiarze.

Podsumując, w czasie 5 dni przeszłam około 145 km, z czego 3 kolejne dni miałam powyżej 30 (jej!). Korzystałam z własnych nóg, autokarów, stopa, a nawet taksówki i szkoda mi, że nie udało sie skorzystać z linii kolejowej, która przebiega w przybliżeniu wzdłuż całego wybrzeża, ale to może wyjdzie następnym razem…

 

Reklamy

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. Fantastyczne widoki! Chyba Ci zazdroszczę…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s