7. NatCo Kazachstan 2014

  DSC_3274

Z natury jestem przeraźliwie ciekawską istotą, ale w połączeniu z wrodzoną niechęcią do zadawania pytań tworzy to dość karykaturalny obraz. Dlatego zazwyczaj skupiam moją uwagę na rzeczach, które mogę sama sprawdzić. I tak z ciekawości porównałam ilość słów w dotychczas zamieszczonych postach do liczby uzyskanej w mojej pracy licencjackiej. Nie zaskoczyło mnie, że przekroczyłam tę wielkość już w czwartym poście, zaskoczyło mnie jak łatwo mi przyszło napisać taką samą ilość treści w znacznie krótszym czasie. W około dwa tygodnie, opisując własne przeżycia i przemyślenia, wystukałam 6480 słów (włącznie z tym postem), podczas gdy z pracą licencjacką (oczywiście nie bez przerw, ale teraz też nie piszę bez wytchnienia) męczyłam się na poważnie 2 miesiące i wyszło niecałe 3400 czyli niemal dwa razy mniej i to wliczając nawet stronę tytułową.

DSC_3276

Dla chcącego brak sanek nie wyklucza kuligu:)

Całkiem prawdopodobne, że to właśnie ciekawość zaprowadziła mnie do NatCo czyli National Conference of AIESEC Kazakhstan. Nagle miałam możliwość uczestnictwa w narodowej konferencji organizacji, którą znałam jako odbiorca warsztatów organizowanych w Lublinie i właśnie zaczynałam poznawać jako wolontariusz na „wymianie” (exchange participant). Okazja czyni …człowieka. Trochę się obawiałam jak to będzie, czy wszystko będzie omawiane po rosyjsku – zostałam zapewniona, że całość będzie po angielsku, AIESEC jest organizacją międzynarodową i tak dalej. Nie przepadam za byciem długotrwale otoczoną przez dużą grupę ludzi, szczególnie gdy ja tych ludzi nie znam i mam problem z zapamiętaniem choćby trzech imion, a oni wszyscy znają mnie ze zdjęć, postów, plotek i każde z nich koniecznie chce się ze mną przyjaźnić. Zwrot „Hi Ula! How are You?” znienawidziłam tak totalnie, że w niektórych przypadkach traciłam cierpliwość i stawałam się złośliwa. Mam wrażenie, że to sformułowanie jest jakoś zaprogramowane w podświadomości wszystkich członków AIESEC’u. Mimo to przed końcem konferencji udało mi się naprostować kilka osób więc jestem z siebie dumna:).

DSC_3221

Chwila wytchnienia między sesjami

Wydarzenie przypominało bardziej szkolenie z tematem przewodnim dla AIESECerów niż konferencję. Plan każdego dnia był szczegółowo rozpisany: pobudka od 7.45 do 9.00, śniadanie 8-9, 9-10.30 poranna sesja plenarna, 10.30-13 sesja, 13-14 lunch, 14-16.30 sesja, 16.30-17 przerwa, 17-19.30 sesja, 19.30-20.30 obiad/kolacja, 20.30-22 wieczorna sesja plenarna i jak się zebraliśmy (zazwyczaj koło północy) „impreza”. Przyznaję, że plan napisałam tak mniej więcej, poza śniadaniem i początkiem porannej sesji nie pamiętam konkretnych godzin, ale powinien dobrze obrazować jak wariacko się wszystko odbywało.

DSC_3186

Alternatywny sposób budzenia

Po zebraniu całej (prawie) grupy, około 2 godziny po planowanym rozpoczęciu konferencji, zostaliśmy zebrani, poinformowani, że całe wydarzenie będzie nawiązywało tematycznie do Gwiezdnych Wojen. Jako wprowadzenie mieliśmy dwie trudne zagadki, gry budujące zespół. Na przykład w trójkach mieliśmy „stworzyć” postać kosmity tak że by siły zła nas nie znalazły – zostaliśmy połączeni taśmą na wysokości kolan (przynajmniej moich, ale byłam najniższą częścią), wybraliśmy imię oraz ojczystą planetę. My byliśmy Jaucha (czytaj Dżaucza) z planety Starualia. Najtrudniejszą częścią zadania było zejście po schodach w sklejonej trójce, chodzenie po płaskim to pikuś. Następnie zostaliśmy oficjalnie uznani za adeptów akademii Jedi i powitani przez gościa z papierowymi uszami oraz narzuconym zielonym prześcieradłem podającym się za mistrza Yodę.

DSC_3203

Team palaczy pozdrawia nadworną fotografkę potwierdzając tezę, że w Kazachstanie mróz zaczyna się od -10 st. C

To był wstęp. moim zdaniem pomysł na temat przewodni konferencji dla organizacji, która wedle założeń ma ulepszać świat poprzez edukację lokalnych społeczności był całkiem trafiony. W trakcie temat przewijał się przede wszystkim podczas sesji plenarnych, czyli na pierwszym i ostatnim spotkaniu każdego dnia. Osoby, którym nie udało się      ustrzec kuszenia przez mroczną stronę mocy i złamały któryś z punktów regulaminu (1. Nie spóźniaj się, 2. Nie przeszkadzaj podczas sesji, 3. Szanuj innych) były trwale naznaczane niezmywalnym markerem i karane na wieczornej sesji przez tzw. „Punishment team”. Tak naprawdę byłam zaskoczona, że udało mi się ustrzec krzyżyka na dłoni przez całą konferencję. Każdego dnia kilkanaście osób miało jakieś „dziwne” zadanie w ramach kary. Jedną z kar możecie zobaczyć na zdjęciu – jak w 4 AIESECerów może zbudować taczkę. Inną był wyścig w dwóch grupach, który team szybciej ułoży linię od ściany do ściany (15-20 metrów) złożoną z ubrań, które mają na sobie – każda skarpetka była na wagę złota.

DSC_3143

Taczka złożona z 4 AIESECerów

DSC_3138

Nauka ukraińskiego tańca, grupa męska

Elementem zabawy, wpisanym w kulturę AIESECu jako studenckiej organizacji, były również AIESECowe tańce (podejrzewam, że istnieje lepsze tłumaczenie wyrażenia „AIESEC’s dance”, ale gonie znam). Niezorientowanym, czyli takim jak ja przed przylotem do Ałmaty, potrzebne będzie wyjaśnienie co to właściwie jest. Do wielu piosenek komitety AIESECu tworzą układy złożone z dość prostych ruchów lub pojedynczych kroków wykonywane równocześnie przez wszystkich uczestników. Jeśli pomyśleć o tym jako elemencie budowania więzi wewnątrz zespołu młodych ludzi, to jest świetne. Jednak ja byłam osobą z zewnątrz i na początku starałam się jak najbardziej wtopić w tło, co było niemożliwe więc po paru dniach przestałam się angażować, a zaczęłam sobie przypominać dlaczego gra zespołowa nie współgra z moim charakterem. W końcu ile razy można tańczyć ten sam układ, czy kilka układów gdy niezależnie od nastroju kroki zawsze są identyczne. Dla mnie jest to wyjątkowo nienaturalne, lubię tańczyć, ale gdy jestem na starcie ograniczana do konkretnego układu to w końcu staje się nieprzyjemne i męczące.

DSC_3157

Chwilę przed sex-change party

AIESECowe tańce rozpoczynały wszystkie sesje prowadzone przez członków organizacji, zajmowały również większość przerw i w dodatku dominowały podczas imprez. Wyobrażacie sobie imprezę, na której niemal wszyscy (98%) tańczy znane układy zamiast dać się powadzić muzyce??? Dlatego ten temat mnie nie interesował, po całym dnu w tłumie ludzi moje granice tolerancji mocne się zwężały i zamiast tańczyć w kółeczku szukałam ludzi, z którym dało się pogadać lub zaszywałam się we wspólnym względnie żeńskim pokoju łapiąc 4-6 godzin snu przed kolejnym dniem.

Sesje były dla mnie w większości interesujące i przydatne, ponieważ ich tematyka w dużej mierze pokrywała się z planem warsztatów, które miałam prowadzić od początku następnego tygodnia. Leadership (liderstwo brzmi dziwnie, a OpenOffice mówi mi, że to niepoprawne słowo i podpowiada zmianę na „dilerstwo”:)), zarządzanie czasem, coaching (czyli czemu warto płacić za słuchanie co masz robić by żyło się lepiej), zarządzanie sobą samym oraz czasem, motywacja, komunikacja, zarządzanie projektem, praca zespołowa i umiejętność prezentowania. Może się wydawać, że dość beznamiętnie, a czasem wręcz lekceważąco podchodzę do tematów, ale to nie całkiem tak. Jeszcze kilka miesięcy temu na słowa typu zarządzanie (management) i lider reagowałam alergicznie, ale stopniowo przez wybór projektu nazwanego International School of Leadership, poszerzanie wiedzy przygotowując się do wyjazdu i w końcu podczas konferencji przełamałam większość swoich uprzedzeń. Nie zmieniła się moja niechęć do tytułowania się oraz bycia liderem. Natomiast sesja dotycząca coachingu była prowadzona przez spikerkę spoza AIESECu i w całości po rosyjsku. Ponieważ dopiero zaczynałam się poznawać z tym językiem to rozumienie treści było dość trudne. Mimo wszystko było znacznie lepsze niż wykład „o nie wiadomo czym” kolejnego dnia również po rosyjsku i prowadzony przez absolwenta AIESEC’u w znacznie szybszym tempie więc po godzinie słuchania czegoś co było bardziej bełkotem niż treścią wypowiedzi zdecydowałam się opuścić salę. Na moje szczęście większość sesji była realizowana po angielsku, z krótkimi wstawkami rosyjskimi gdy któryś z AIESECerów miał problem z wysłowieniem się (w końcu to szczęście było moje:). Byłam jedną z nielicznych osób, które cokolwiek notowały i na koniec zjazdu moje notatki zajmowały 8 stron w zeszycie wyjazdowym plus kilka luźnych kartek mniej lub bardziej zapisanych. Nie jest to zaskakujące skoro miałam świadomość, że skorzystam z nich w zbliżających się tygodniach.

DSC_3148

Co można robić gdy nie rozumie się wykładu? Na przykład fotografować lub zacząć pisać wpis na temat latania samolotami:)

DSC_3322

Praca w grupach

Właściwie konferencja była dla mnie dniami podstawowego zapoznawania się z kulturą kazachską. O ich upodobaniu do picia herbaty do każdego posiłku dowiedziałam się dzień wcześniej, ale teraz miałam okazję poobserwować jak młodzi ludzie nawet nie myślą o piciu kawy po krótkiej nocy, z zamiast niej wlewają w siebie 3 kubki czaju, czasami zalewanego bardziej mlekiem niż wodą. Tak zwana w Polsce bawarka jest tutaj powszechna i piją ją na równi kobiety i mężczyźni, młodzież i osoby starsze.

DSC_3103

Nalewanie herbaty – najpierw esencja, następnie wrzątek lub coś zbliżonego, dodatkowo ewentualnie mleko w dowolnej ilości

Innym istotnym elementem na stole jest chleb podawany do wszystkiego. Nawet jeśli w posiłku dominuje makaron lub ziemniaki to połowa ludzi przy stole sięgnie dodatkowo po pół kromki chleba. Jest kilka podstawowych rodzajów chleba, z czego większość przypomina bardziej bułki. Najbardziej popularny wydaje się być bochenek w wyglądu przypominający polski „tradycyjny chleb na zakwasie”, ale poza kształtem mają niewiele wspólnego, kazachska wersja jest puszysta jak bułki i ma lekko słodkawy smak. Chleba nigdy nie podaje się w całych kromkach a w połówkach krojonych wzdłuż, więc gdy pierwszy raz zobaczyłam grube paski chleba z twardą skórką (jeszcze w domu Vadima) pomyślałam, że ktoś specjalnie okroił środki, może dla dzieci. Po rozmowie z moją gospodynią usłyszałam, że próbowała kiedyś podać gościom inaczej pokrojony chleb, ale spotkała się ze ścianą niezrozumienia z ich strony. Innym chlebem jest kolisty placek z wyznaczonym podziałem na „kuleczki”, zdecydowanie bułka, przypominający spód pizzy z grubszymi brzegami. Kolejnym pieczywem / chlebem jest „baursak” kawałki ciasta, zazwyczaj drożdżowego, smażone w głębokim tłuszczu. Przypominają coś pomiędzy pączkami, racuchami a mini chlebkami, są neutralne w smaku, z kieszeniami powietrznymi w środku i jeżeli są odpowiednio usmażone nie powinny być zbyt tłuste. Chociaż zazwyczaj unikam smażonego jedzenia zakochałam się w chlebkach baursak, są wyśmienite, szczególnie tuż po zdjęciu z patelni. Próbowałam jeszcze kilku rodzajów pieczywa, ale były podobne do polskich: bagietka, chleb/bułka z mąki gryczanej i tym podobne.

Czymś czego zupełnie nie rozumiałam była 1 (słownie jedna) toaleta na około 30 osób oraz prysznic dostępny po prośbie w pokoju zajmowanym przez jedynego gościa spoza AIESECu przebywającego równolegle w „pensjonacie”. Wyobrażacie sobie proszenie obcego faceta o możliwość skorzystania z łazienki w jego pokoju, żeby wziąć prysznic? Ja to przeżyłam! Masakra! Innym elementem, który nie od razu zwrócił moją uwagę było wyrzucanie zużytego papieru toaletowego wraz z dodatkami do kosza. W dodatku kosz nie był zbyt często opróżniany, no i z toalety korzystało 30 osób. Śmierdziało już drugiego dnia, czwartego było to nie do zniesienia. Zastanawiałam się czy może mają wyjątkowo wąskie rury odprowadzające ścieki, ale przez parę dni mojego pobytu nie spowodowałam żadnego problemu więc może przyczyna leży gdzie indziej. Jeszcze tego nie rozpracowałam.

DSC_3385

Widok na pożegnanie (były trzy, pasące się swobodnie, ale nie chciały mi pozować:()

Muszę kończyć, jest 1 w nocy, jutro mam zajęcia, a jeszcze przydałoby się to od razu wstawić. Treści i tak wyszło dużo, chyba, jak dotąd, najwięcej.

Wpis powiązany z galerią „Almaty – 1. zimowa galeria”

Reklamy

4 komentarze Dodaj własny

  1. tata pisze:

    Jaka 05.42 ?! Niemożliwe – ja o 06.30 wstaję do pracy!! ;)

    Polubienie

    1. Eri Bronk pisze:

      :D Niespodziewana zmiana strefy czasowej przez wsiąknięcie w Internet.

      Polubienie

  2. tata pisze:

    Z papierem toaletowym wyrzucanym do kosza spotkałem się dwadzieściaparę lat temu w Bułgarii. Żartowaliśmy sobie wtedy, że jest on przewidziany do wtórnego użytku :)) Tymczasem przyczyna była prosta: w odróżnieniu od stosowanego u nas rozpadającego się w wodzie, tamten był „wodoodporny”. Może kazachski ma podobną naturę? Tyle, że w Bułgarii kosze opróżniali często ;)

    Polubienie

    1. Eri Bronk pisze:

      Widziałam tutaj dokładnie taki sam papier jaki jest w Polsce, ale może są różne. Zazwyczaj kosze opróżniane są bardzo często, na drzwiach uczelnianych toalet czy w centrach handlowych są wywieszone pory sprzątania około 3 razy dziennie. Poprostu tamto miejsce było lekko trefne:)

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s